Minął już tydzień od Igrów, juwenaliów gliwickich uczelni, przede wszystkim zaś Politechniki Śląskiej. Zabawa szampańska, trzy dni dochodziłem do siebie. Umówmy się, że to dlatego tak późno piszę. Piszę zaś o transporcie. No to narzekam sobie na transport.
Dlaczego akurat transport? Ponieważ wszystko inne trzymało poziom. Mimo zmienionego w tym roku położenia sceny, mimo utrudnień w kupowaniu napojów (hehehe) i posiłków - było świetnie, jak to na Igrach. Darmowy transport jednak kulał jak diabli.
Tak, jak rok temu (na pewno), a może i na jeszcze wcześniejsze Igry (nie mam pojęcia), ulubiona firma wszystkich Ślązaków, to jest KZK GOP, oddelegowała kierowcę, wraz z autobusem. Misja - przewożenie studentów z okolic miasteczka akademickiego na teren lotniska gliwickiego aeroklubu, gdzie odbywały się juwenalia.
Problem w tym, drodzy moi, że geniusze logistyki z wcześniej wymienionej firmy uznały, że idealnym przystankiem początkowym dla autobusu linii IGRY, będzie przystanek Gliwice Kopalnia I, który znajduje się nie w centrum, nawet nie w okolicy akademików, ale w miejscu graniczącym z zadupiem.
Jednak jak mówi staropolskie przysłowie, "darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda". Autobus jest, to i dobrze. Przejść się na przystanek można, bo mimo wszystko bliżej, niż na lotnisko. O, przepraszam, pomyłka. Linia jest. Gdy przyszedłem z moją towarzyszką w piątek na przystanek, autobusu nikt od godziny nie widział. Przeczekaliśmy dwa zaplanowane kursy i zdecydowaliśmy się na spacer.
Mieliśmy odrobinę więcej szczęścia później, gdy wracaliśmy na chwilę do Centrum Dowodzenia, ażeby posilić się i odpocząć. Tutaj spotkała nas niespodzianka - pan kierowca pojechał zupełnie inną trasą i wysadził nas na przystanku, obok którego normalnie nawet nie przejeżdża. Nasz zysk, mieliśmy bliżej. Miło nam nawet było, że trasę zmieniono.
Gdy jednak postanowiliśmy kontynuować igrową zabawę i poszliśmy na przystanek, na którym nas wysadzono, okazało się, że szanowny pan kierowca jeździ znów wcześniej zaplanowaną trasą i za nic ma nasze machanie rękami i błagalny wzrok, za co poczęstowany został Międzynarodowym Znakiem Jedności i Braterstwa. W końcu należy mu się nasza wdzięczność za ten nieplanowany, nocny spacer.
Po tym przydługim, w zasadzie, wstępie, chciałbym zadać pytań parę - czy to jest cholera jasna normalne, że kierowca robi sobie, co chce? Jeździ, kiedy mu się podoba i gdzie mu się podoba? Czy podobne sytuacje zdarzały się na innych śląskich juwenaliach? Co z przewoźnikami z innych części kraju?
Ja wiem, usługa za darmo, wiele wymagać nie można. Sam zawsze ludziom to powtarzam. Mimo to, do kurew nędz niezliczonych, jak już się podjęli, to mieli się rozkładu jazdy trzymać.
Taa, studenciki. Juwenalia. Szczajmy na nich, niech piechotą łażą.
Jesteś studentem uczelni technicznej. Co semestr masz do wykonania jakiś projekt - od prostych elementów, jak na przykład wałek z zębnikiem, do całkiem skomplikowanych, jak manipulator robotyczny. Jakie jest jedno z podstawowych kryteriów doboru elementów konstrukcji? Zgodność z normą, czy raczej - z Normą. Polską Normą. Tu właśnie zaczyna się cyrk.
Z dostępem do norm nie ma większego problemu, biblioteka uczelniana posiada dobrze zaopatrzoną czytelnię. Jeśli chcesz wziąć dane ze sobą, zaraz obok masz punkt ksero. Jeśli bardzo ci zależy, możesz jeszcze daną normę zakupić. W końcu norma to informacja publiczna, zatem pewnie grosze kosztuje...
Niespodzianka - gówno prawda.
Po pierwsze - kserując jakąkolwiek normę, naruszasz prawo autorskie. Kto jest autorem normy? A kogo to obchodzi?! Ważne, kto trzyma łapę na prawach, a trzyma Polski Komitet Normalizacyjny. PKN zaś nie uważa, że informacja publiczna powinna być wolna.
Po drugie - PKN, jako właściciel "autorskich praw majątkowych", narzuca wyjątkowo duże ceny za Polskie Normy. Dlaczego? Bo tak mu się podoba.
Jako student oczywiście możesz przepisać potrzebną treść ręcznie. Problem w tym, że jednym z założeń zadań projektowych (przynajmniej na moim wydziale) jest załączenie wszelkich katalogów i norm, a ręcznie przepisane dokumentu nie wchodzą w grę.
Wracając do horrendalnych cen - PKN ma do tego prawo, postępuje zgodnie z ustawą o normalizacji. Co z tego, że jest ona sprzeczna z ustawą o dostępie do informacji publicznej? PKN nie będzie przecież stosował się do ustawy, która szkodzi jego interesom.
Gdyby cena była symboliczna, na przykład pokrywała koszty nośnika - czy to papieru, czy też płyty CD albo hostingu dokumentów - nie pisałbym tego tekstu. Z drugiej strony możliwe, że nie jestem do końca zorientowany i papier, na którym drukowane są Polskie Normy na prawdę jest taki drogi, płyty odporne na uszkodzenia mechaniczne, a hosting Super-Premium-VIP? Inaczej nie potrafię wytłumaczyć tego, że dwustronna norma kosztować może 17 złotych i 60 groszy. Poprawka, mogę - ktoś chce się lekko, łatwo i przyjemnie nachapać.
Ze względu na taki cennik, przy czytelniach norm bardzo często działają punkty ksero, które - za cichym przyzwoleniem opiekunów tak zwanym normowni - kopiują cokolwiek się im przyniesie. Tak oto zamiast 17,60 PLN zapłacisz za Polską Normę 0,20 PLN.
Oczywiście nikt nie zmusza do stosowania w produkcji norm technologicznych, ale spróbuj wyprodukować i sprzedać śrubkę czy nakrętkę o, na przykład, nienormowym gwincie. Powodzenia.
Dlatego też w małych zakładach pracy, ze względu na koszty, nikt wydanej przez PKN normy w życiu nie widział. Kserokopii oficjalnie też nikt. Oficjalnie oddelegowuje się od czasu do czasu pracownika do czytelni, żeby zapoznał się z normami i podzielił się wiedzą z innymi. Nieoficjalnie - dokument tożsamości pod zastaw i wio do kserokopiarki. O studentach nie ma sensu wspominać, w końcu oni kserują wszystko.
Moim - i pewnie nie tylko moim - zdaniem Polskie Normy to dokumenty tego samego typu co ustawy i jako takie powinny być dostępne w internecie, dla każdego, najlepiej nieodpłatnie, ewentualnie za niewielką cenę. Nie jest normalną sytuacja, że na takich dokumentach próbuje się zarabiać ciężkie pieniądze.
Wpadli na to już w 2007 roku ustawodawcy i ruszyli z projektem ustawy, ale jak na razie nic się nie zmieniło. Polski Komitet Normalizacyjny próbuje trzepać kasę, a studenci kserują.
Od dawna planowałem coś o tym napisać. W tej formie tekst zainspirowany jest dyskusją z Akirą via IRC.
Wszelkie podobieństwo do już istniejących artykułów na ten temat jest przypadkowe. Poważnie.
<bounty_hunter> to jest jak mafia - ciągną otwarcie haracz za coś, co powinno być ogólnodostępne
<groszek> przeciez tak dziala panstwo
<groszek> :|
<groszek> sie dziwicie...
Walentynki, święto kochanków, dzień chorych na padaczkę. Zaprawdę, powiadam: coś pewnie jest w tym, że Walenty jest patronem zarówno zakochanych, jak i epileptyków. Ciekawe, kto patronuje przeciwnikom?
Nie ruszyłem dziś tyłka z domu, więc nie widziałem Wszechobecnej Komercji, Narzucającej Się Słodkiej Estetyki i Tysięcy Serduszek. Siedziałem za to dość długo przed moim własnym pożeraczem czasu i jeśli jeszcze raz zobaczę jakieś narzekania na Walentynki - zrobię coś sobie, bądź narzekającemu, albo jedno i drugie. O ile ataku Złego, Zachodniego, Komercyjnego Święta nie zauważyłem, to co chwila rzuca ktoś we mnie kontrpropagandą.
Drogie dziecko, drogi dorosły - jeśli piszesz, że dziś "walisz tynki", to nie dajesz do zrozumienia, że spływa po tobie czternasty lutego jak po kaczce, a pokazujesz, że szlag Cię trafia, bo kartki z serduszkiem listonosz nie przyniósł, a jak przyniósł, to nie od tego Walentego, od którego miał.
Jeśli piszesz o bandzie idiotów tulących się do siebie po parkach, to tak na prawdę piszesz o kontrbandzie ślepych, którym się akurat dziś oczy otworzyły i szlag trafia, bo tak na prawdę pozamienialiby się z "idiotami" miejscami. Zakochani w parkach są zawsze, chyba, że zimno.
Widzisz wszędzie tłumy w miejscach publicznych i myślisz - "Walentynki, jego mać! Powyłazili, zakochani!"? Źle! Tłumy są zawsze, po prostu dziś Cię to wszystko w oczy kole.
Apeluję - przestańcie udowadniać wszystkim własną żałosność! Dziób w ciup i brać się za coś produktywnego! Nie narzekać! Nie narzekać, nie w moim internecie! Narzekanie nic nie daj... O cholera.