Jak dać się wykorzystać pracodawcy

wpis dodany o godzinie 06:22, 06 grudnia 2010
poziom: 0, kategorie: rant
5 komentarzy, trackback

Pieniądze czasem leżą na ulicy, czekając, aż ktoś się po nie schyli. W większości przypadków jednak, młody człowiek zmuszony jest znaleźć sobie jakieś dochodowe zajęcie, żeby kupić nowy dysk twardy, zapłacić za wyjazd w góry, albo mieć za co imprezować.

Jeśli nasz hipotetyczny młody człowiek studiuje na jakiejś uczelni technicznej, starającej się utrzymywać aktywne kontakty z przemysłem, jest szansa, że właśnie w jednej z takich firm uda mu się "dorwać" małe zlecenie, za które będzie tak wdzięczny opatrzności (lub jakiemuś profesorowi), że zapomni o instynkcie samozachowawczym i wpadnie po uszy w jakąś nieprzyjemną substancję.

Nasz człowieczek potrzebuje pieniędzy, szuka więc możliwości zarobienia tychże. Pamięta, że jakiś czas temu wykonywał na zlecenie mało absorbującą intelektualnie pracę u Pewnego Pracodawcy, z której mimo wszystko był zadowolony. Teraz ma już tytuł zawodowy, więc liczy na to, że Pracodawca znów mu coś zleci, tym razem jednak będzie to zgodne z wykształceniem.

Pyta człowiek, szuka, dowiaduje się - aż znajduje! Kolejne zlecenie u Pracodawcy dla studencików wszelakich się szykuje, trzeba tylko zadzwonić, porozmawiać, załatwić i praca będzie, pieniądz będzie!

Komu Matko dzisiaj wierzyć?

Nasz młody człowiek już tu pracował, ludzi pamięta, ludzie pamiętają jego. Rozmawia z Pracodawcą, dowiaduje się, co miałby wykonać, jak, z kim i kiedy.

Warunki Pracodawca ma, wydawałoby się, jasne i nieszkodliwe - kilka osób pracujących przy jednym projekcie, więc rozliczy się je (czyli was, znaczy się, nas, znaczy się - młodego człowieka i innych, jemu podobnych) jako zespół. Rozdzieli się pracę, zgada na spotkanie i podpisze umowę za tydzień albo dwa. Uczciwie i przejrzyście!

Na tym etapie powinny się młodemu człowiekowi włączyć dwie lampki ostrzegawcze - Odpowiedzialność Zbiorowa i Umowa Po Jakimś Czasie, ale przecież ostatnio, gdy tu pracował, nikt go nie wykorzystał w żaden sposób, więc ufa w dobrą wolę Pracodawcy.

"Szanuj sobie pracę"

Mija kilka tygodni, wypełnionych cyklami opieprzania się i intensywnej pracy na dzień przed terminem oddania wyników, nic nadzwyczajnego. Umowy jeszcze nie ma, ale nie warto popędzać Szefa, bo to taka fajna praca jest, a może uda się za jakiś czas na etat załapać, kto wie? Po co sobie na starcie Pracodawcę zrażać do siebie... Przecież Szef ciągle zajęty, na delegacje jeździ, ważnymi sprawami się zajmuje.

Nagle, nie wiadomo jak i kiedy, praca została zrobiona, pliki pozapisywane, materiały przesłane. Niestety, nie przez wszystkich - ktoś zalega z pracą, więc Pracodawca, zgodnie z zapowiedzią, traktuje zespół jak jedność. Skoro jeden nie oddał, to wszyscy nie dostali i rozliczyć się z młodymi ludźmi nie ma zamiaru, a umowę też podpisze dopiero, gdy dzieło oddane będzie.

W tym momencie do lampek Odpowiedzialność Zbiorowa i Umowa Po Jakimś Czasie dochodzi kolejna - Ktoś Mnie Tutaj Dyma, ale chyba wadliwa trochę, bo nie daje zbyt dużo światła. Może potrzebuje większego napięcia?

Szef ma zawsze czas...

...ale nie w pozytywnym sensie. Nie ma on czasu dla młodego człowieka, żeby podpisać z nim umowę - w końcu i tak zbiorowo miało być, więc po co? Nie ma też czasu, ni chęci, zebrać wszystkich młodych ludzi, bo jeszcze nie oddali wszystkiego. Jaki to zatem czas Szef ma? Taki przed sobą - wszystko może zrobić później, tyle tego czasu ma.

Minęło kilka miesięcy od ostatniego wysłanego maila z gotowym zadaniem, a pieniędzy jak nie widać, tak nie widać, nie wspominając o słyszeniu, czy tam innym wąchaniu. Od jednego z zaprzyjaźnionych pracowników Pracodawcy, dowiaduje się nasz młody człowiek, że w sumie to już jakiś czas temu nawet ostatni leń "zespołu" (który nadal nie zebrał się w jednym pomieszczeniu) swoją robotę odesłał, a teraz po prostu brakuje osoby, która by się temu wszystkiemu przyjrzała i oceniła. Tego się nasz młody człowiek jednak nie spodziewał...

Lampki migają jak szalone, pieniędzy potrzeba coraz bardziej, a szansa na szybkie ich otrzymanie coraz mniejsza. Młody człowiek już wie, że dał się wykorzystać, że powinien był już na początku kwestionować zasady, które narzucał Pracodawca. Teraz jednak już niewiele z tym może zrobić - już przecież zgodził się na wszystko, więc w najlepszym wypadku Szef zaśmieje mu się w twarz.

Dzwoni nasz człowieczek do biura Szefa i otrzymuje gwarancję rozwiązania sprawy do końca tygodnia. Dzięki nowym doświadczeniom szybko weryfikuje tę obietnicę i nastawia się na miesiąc oczekiwania. Skoro tak długo Pracodawca zwlekał i olewał, to dlaczego nagle miałby przyspieszyć działania? Zaznacza jednak ostatni dzień przyszłego tygodnia w swoim kalendarzu - na pewno zadzwoni, bo na telefon od Szefa nie ma co liczyć. Może w końcu zbierze się w sobie i dobitnie wyrazi swoje niezadowolenie z zaistniałej sytuacji? Pewnie nie.

Podsumowanie

Kilka zasad, którymi powinieneś się kierować, żeby zapewnić pracodawcy jak najłatwiejsze wykorzystanie twojej naiwności:

  1. szanuj pracę bardziej, niż szanujesz siebie i swój czas,
  2. zgadzaj się na wszystkie warunki bez mrugnięcia okiem,
  3. nie nalegaj za bardzo na jak najszybsze podpisanie umowy,
  4. bądź zawsze miły i układny w kontaktach z Szefem.

Stosowanie w praktyce powyższych punktów pomoże ci zdobyć tytuł najmilszego pracownika, przy jednoczesnym zupełnym braku pieniędzy i bolącym od wydymania tyłku.

Z tego miejsca zwracam się do pana, szefie - mogę liczyć na przelew za tę październikową robotę przed Nowym Rokiem? Byłbym zobowiązany.


Juwenalia a transport publiczny

wpis dodany o godzinie 01:54, 25 maja 2009
poziom: 0, kategorie: rant
4 komentarze, trackback

Minął już tydzień od Igrów, juwenaliów gliwickich uczelni, przede wszystkim zaś Politechniki Śląskiej. Zabawa szampańska, trzy dni dochodziłem do siebie. Umówmy się, że to dlatego tak późno piszę. Piszę zaś o transporcie. No to narzekam sobie na transport.

Dlaczego akurat transport? Ponieważ wszystko inne trzymało poziom. Mimo zmienionego w tym roku położenia sceny, mimo utrudnień w kupowaniu napojów (hehehe) i posiłków - było świetnie, jak to na Igrach. Darmowy transport jednak kulał jak diabli.

Tak, jak rok temu (na pewno), a może i na jeszcze wcześniejsze Igry (nie mam pojęcia), ulubiona firma wszystkich Ślązaków, to jest KZK GOP, oddelegowała kierowcę, wraz z autobusem. Misja - przewożenie studentów z okolic miasteczka akademickiego na teren lotniska gliwickiego aeroklubu, gdzie odbywały się juwenalia.

Problem w tym, drodzy moi, że geniusze logistyki z wcześniej wymienionej firmy uznały, że idealnym przystankiem początkowym dla autobusu linii IGRY, będzie przystanek Gliwice Kopalnia I, który znajduje się nie w centrum, nawet nie w okolicy akademików, ale w miejscu graniczącym z zadupiem.

Jednak jak mówi staropolskie przysłowie, "darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda". Autobus jest, to i dobrze. Przejść się na przystanek można, bo mimo wszystko bliżej, niż na lotnisko. O, przepraszam, pomyłka. Linia jest. Gdy przyszedłem z moją towarzyszką w piątek na przystanek, autobusu nikt od godziny nie widział. Przeczekaliśmy dwa zaplanowane kursy i zdecydowaliśmy się na spacer.

Mieliśmy odrobinę więcej szczęścia później, gdy wracaliśmy na chwilę do Centrum Dowodzenia, ażeby posilić się i odpocząć. Tutaj spotkała nas niespodzianka - pan kierowca pojechał zupełnie inną trasą i wysadził nas na przystanku, obok którego normalnie nawet nie przejeżdża. Nasz zysk, mieliśmy bliżej. Miło nam nawet było, że trasę zmieniono.

Gdy jednak postanowiliśmy kontynuować igrową zabawę i poszliśmy na przystanek, na którym nas wysadzono, okazało się, że szanowny pan kierowca jeździ znów wcześniej zaplanowaną trasą i za nic ma nasze machanie rękami i błagalny wzrok, za co poczęstowany został Międzynarodowym Znakiem Jedności i Braterstwa. W końcu należy mu się nasza wdzięczność za ten nieplanowany, nocny spacer.

Po tym przydługim, w zasadzie, wstępie, chciałbym zadać pytań parę - czy to jest cholera jasna normalne, że kierowca robi sobie, co chce? Jeździ, kiedy mu się podoba i gdzie mu się podoba? Czy podobne sytuacje zdarzały się na innych śląskich juwenaliach? Co z przewoźnikami z innych części kraju?

Ja wiem, usługa za darmo, wiele wymagać nie można. Sam zawsze ludziom to powtarzam. Mimo to, do kurew nędz niezliczonych, jak już się podjęli, to mieli się rozkładu jazdy trzymać.

Taa, studenciki. Juwenalia. Szczajmy na nich, niech piechotą łażą.


Polska Norma Nienormalna

wpis dodany o godzinie 02:01, 03 lutego 2009
poziom: 0, kategorie: internet, rant
5 komentarzy, trackback

Jesteś studentem uczelni technicznej. Co semestr masz do wykonania jakiś projekt - od prostych elementów, jak na przykład wałek z zębnikiem, do całkiem skomplikowanych, jak manipulator robotyczny. Jakie jest jedno z podstawowych kryteriów doboru elementów konstrukcji? Zgodność z normą, czy raczej - z Normą. Polską Normą. Tu właśnie zaczyna się cyrk.

Z dostępem do norm nie ma większego problemu, biblioteka uczelniana posiada dobrze zaopatrzoną czytelnię. Jeśli chcesz wziąć dane ze sobą, zaraz obok masz punkt ksero. Jeśli bardzo ci zależy, możesz jeszcze daną normę zakupić. W końcu norma to informacja publiczna, zatem pewnie grosze kosztuje...

Niespodzianka - gówno prawda.

Po pierwsze - kserując jakąkolwiek normę, naruszasz prawo autorskie. Kto jest autorem normy? A kogo to obchodzi?! Ważne, kto trzyma łapę na prawach, a trzyma Polski Komitet Normalizacyjny. PKN zaś nie uważa, że informacja publiczna powinna być wolna.

Po drugie - PKN, jako właściciel "autorskich praw majątkowych", narzuca wyjątkowo duże ceny za Polskie Normy. Dlaczego? Bo tak mu się podoba.

Jako student oczywiście możesz przepisać potrzebną treść ręcznie. Problem w tym, że jednym z założeń zadań projektowych (przynajmniej na moim wydziale) jest załączenie wszelkich katalogów i norm, a ręcznie przepisane dokumentu nie wchodzą w grę.

Wracając do horrendalnych cen - PKN ma do tego prawo, postępuje zgodnie z ustawą o normalizacji. Co z tego, że jest ona sprzeczna z ustawą o dostępie do informacji publicznej? PKN nie będzie przecież stosował się do ustawy, która szkodzi jego interesom.

Gdyby cena była symboliczna, na przykład pokrywała koszty nośnika - czy to papieru, czy też płyty CD albo hostingu dokumentów - nie pisałbym tego tekstu. Z drugiej strony możliwe, że nie jestem do końca zorientowany i papier, na którym drukowane są Polskie Normy na prawdę jest taki drogi, płyty odporne na uszkodzenia mechaniczne, a hosting Super-Premium-VIP? Inaczej nie potrafię wytłumaczyć tego, że dwustronna norma kosztować może 17 złotych i 60 groszy. Poprawka, mogę - ktoś chce się lekko, łatwo i przyjemnie nachapać.

Ze względu na taki cennik, przy czytelniach norm bardzo często działają punkty ksero, które - za cichym przyzwoleniem opiekunów tak zwanym normowni - kopiują cokolwiek się im przyniesie. Tak oto zamiast 17,60 PLN zapłacisz za Polską Normę 0,20 PLN.

Oczywiście nikt nie zmusza do stosowania w produkcji norm technologicznych, ale spróbuj wyprodukować i sprzedać śrubkę czy nakrętkę o, na przykład, nienormowym gwincie. Powodzenia.

Dlatego też w małych zakładach pracy, ze względu na koszty, nikt wydanej przez PKN normy w życiu nie widział. Kserokopii oficjalnie też nikt. Oficjalnie oddelegowuje się od czasu do czasu pracownika do czytelni, żeby zapoznał się z normami i podzielił się wiedzą z innymi. Nieoficjalnie - dokument tożsamości pod zastaw i wio do kserokopiarki. O studentach nie ma sensu wspominać, w końcu oni kserują wszystko.


Moim - i pewnie nie tylko moim - zdaniem Polskie Normy to dokumenty tego samego typu co ustawy i jako takie powinny być dostępne w internecie, dla każdego, najlepiej nieodpłatnie, ewentualnie za niewielką cenę. Nie jest normalną sytuacja, że na takich dokumentach próbuje się zarabiać ciężkie pieniądze.

Wpadli na to już w 2007 roku ustawodawcy i ruszyli z projektem ustawy, ale jak na razie nic się nie zmieniło. Polski Komitet Normalizacyjny próbuje trzepać kasę, a studenci kserują.


Od dawna planowałem coś o tym napisać. W tej formie tekst zainspirowany jest dyskusją z Akirą via IRC.
Wszelkie podobieństwo do już istniejących artykułów na ten temat jest przypadkowe. Poważnie.

<bounty_hunter> to jest jak mafia - ciągną otwarcie haracz za coś, co powinno być ogólnodostępne
<groszek> przeciez tak dziala panstwo
<groszek> :|
<groszek> sie dziwicie...

14 lutego, rant mode on

wpis dodany o godzinie 23:00, 14 lutego 2008
poziom: 0, kategorie: rant
4 komentarze, trackback

Walentynki, święto kochanków, dzień chorych na padaczkę. Zaprawdę, powiadam: coś pewnie jest w tym, że Walenty jest patronem zarówno zakochanych, jak i epileptyków. Ciekawe, kto patronuje przeciwnikom?

Nie ruszyłem dziś tyłka z domu, więc nie widziałem Wszechobecnej Komercji, Narzucającej Się Słodkiej Estetyki i Tysięcy Serduszek. Siedziałem za to dość długo przed moim własnym pożeraczem czasu i jeśli jeszcze raz zobaczę jakieś narzekania na Walentynki - zrobię coś sobie, bądź narzekającemu, albo jedno i drugie. O ile ataku Złego, Zachodniego, Komercyjnego Święta nie zauważyłem, to co chwila rzuca ktoś we mnie kontrpropagandą.

Drogie dziecko, drogi dorosły - jeśli piszesz, że dziś "walisz tynki", to nie dajesz do zrozumienia, że spływa po tobie czternasty lutego jak po kaczce, a pokazujesz, że szlag Cię trafia, bo kartki z serduszkiem listonosz nie przyniósł, a jak przyniósł, to nie od tego Walentego, od którego miał.

Jeśli piszesz o bandzie idiotów tulących się do siebie po parkach, to tak na prawdę piszesz o kontrbandzie ślepych, którym się akurat dziś oczy otworzyły i szlag trafia, bo tak na prawdę pozamienialiby się z "idiotami" miejscami. Zakochani w parkach są zawsze, chyba, że zimno.

Widzisz wszędzie tłumy w miejscach publicznych i myślisz - "Walentynki, jego mać! Powyłazili, zakochani!"? Źle! Tłumy są zawsze, po prostu dziś Cię to wszystko w oczy kole.

Apeluję - przestańcie udowadniać wszystkim własną żałosność! Dziób w ciup i brać się za coś produktywnego! Nie narzekać! Nie narzekać, nie w moim internecie! Narzekanie nic nie daj... O cholera.