Przynajmniej część z was wie, czym jest Magic: The Gathering, ale niekoniecznie musicie wiedzieć, że wydawca tej karcianki, Wizards of the Coast, od jakiegoś czasu oferuje startery bieżącej, dziesiątej już edycji tej gry, zupełnie za darmo.
Co trzeba zrobić, żeby na własny deck się załapać? Należy zarejestrować się na WotC Direct Platform, wybrać swoje państwo, następnie miasto i sklep, w którym starter się odbierze. Jeszcze tylko mail aktywacyjny i kod/hasło, na które obsługa sklepu wyda deck, ląduje na mailu. Pozostaje tylko pojechać i odebrać.
Jako, że kiedyś odrobinkę w M:tG grałem, postanowiłem własny starter wycyganić. Zarejestrowałem się, kod spisałem, pojechałem. Decka jednak nie mam, z bardzo prozaicznego powodu - skończyły się. Kontaktować się mam około środy, powinny być.
PROTIP: zanim pojedziesz, zadzwoń i spytaj się, czy jeszcze startery mają.
Nic to, przynajmniej dowiedziałem się paru rzeczy i rozwiałem pewne wątpliwości. Otóż:
- przy odbiorze można wybrać kolor talii, nie jest to mix kilku kolorów,
- wszystkie talkie startowe są "sztywne", to znaczy składają się zawsze z tych samych kart, plus karta - niespodzianka.
Zachęcam wszystkich, którzy z tą grą styczność już mieli, jak i nowicjuszy - warto, zwłaszcza, że za darmo dają. Namawiajcie przyjaciół i członków rodzin, żebyście z kim grać mieli.
"Nowe gry nie mają duszy" - powiedz to głośno i zacznij szukać starszych produkcji. Dlaczego? Ano dlatego, że duża liczba (tak zwanych) starych gier daje więcej przyjemności z grania, niż nowe dzieła.
Niecały tydzień temu szukałem czegoś, co na chwilę odwróci moją uwagę od sesji egzaminacyjnej i dostarczy trochę rozrywki. Ciężkie procesy myślowe zaowocowały przypomnieniem sobie o Theme Hospital, w którego swego czasu zagrywałem się nocami. W chwili wydania TH nie miałem jeszcze komputera, więc mówiąc o "swym czasie", mam na myśli okolice roku 2004 i któreś wyjątkowo nudne wakacje.
Informacja dla niepoinformowanych: Theme Hospital to strategia ekonomiczna z 1997 roku, w której gracz ma za zadanie zbudować i zarządzać szpitalem. Jak większość gier Bullfrog Productions, zawiera ogromny ładunek humoru, głównie w postaci przedziwnych schorzeń pacjentów i urządzeń do ich leczenia.
Swoją drogą - żal za gardło bierze, gdy widzi się młodych "graczy", nie znających klasyki. Nieznajomość TH jeszcze zrozumiem, ale od groma dzieciaków nigdy nie słyszało/nie grało w Homeworld, serie Caesar/Faraon/Zeus, Fallout i im podobne.
Chwila poszukiwań, szybka instalacja, uruchomienie. Intro i menu główne wprowadzają w atmosferę gry - lekko absurdalny humor, odrobina przesady, wszystko kręci się wokół pacjenta... pieniędzy. Grafika i dźwięk nie są wyjątkowo piękne, ani też straszne. Są odpowiednie - komiksowe postaci, sprzęt, lekko przesadzone odgłosy - wszystko to poprawnie spełnia swoje zadanie.
Dobrze... Wszystko wczytane, animacje obejrzane. Czas zacząć zabawę.
Początek każdego poziomu jest praktycznie taki sam - dostajesz pusty budynek, wachlarz pomieszczeń diagnostycznych i zabiegowych, potencjalnych pracowników, o kwalifikacjach na różnym poziomie oraz całkiem pokaźną ilość gotówki, której musisz użyć, by z pustego budynku zrobić wzorowy szpital i spełnić narzucone przez Ministerstwo Zdrowia wymogi. No, to do roboty!
Recepcja stoi, lekarze mają gdzie pracować, ubikacje gotowe, pokój pracowniczy także. Nadchodzą też pierwsi pacjenci i zaczyna się prawdziwa zabawa. Diagnoza u jednego lekarza, potem u następnego, ewentualny dłuższy pobyt na oddziale pod okiem pielęgniarki, znów lekarz i leczymy. Pacjentom dolegać może praktycznie wszystko - od Syndromu Osobowości Telewizyjnych, przez nadliczbowe żebra, po częściową lub całkowitą niewidzialność. Wraz z nowymi wykrytymi przypadłościami, szpital potrzebuje kolejnych pomieszczeń, w których można im zaradzić. Taka to samonapędzająca się maszyna: budujesz szpital - przychodzą pacjenci, więc musisz rozbudować szpital, przez co więcej pacjentów przychodzi i tak dalej.
Mim o to gra nie jest monotonna. Każdy poziom oferuje nowe "atrakcje" - bardziej wymagające choroby, epidemie, nagłe wypadki, katastrofy... Jeśli jednak zacznie Ci się nudzić - nie ma problemu, możesz wyłączyć, usunąć, znaleźć coś więcej. Theme Hospital nie wywołuje jakiegoś przymusu grania - dojścia do następnego poziomu, dokonania jakiegoś odkrycia - po prostu dostarcza kilkunastu godzin dobrej zabawy.
Na koniec krótka rada - przy planowaniu rozkładu pomieszczeń, pod uwagę należy też wziąć ścieżki, którymi poruszać się będą pracownicy i pacjenci. Im mniej czasu od przekroczenia przez pacjenta progu szpitala do jego wyleczenia, tym lepiej.
- Czy Bóg jest w stanie napisać grę z grafiką tak dobrą, że nie uruchomi jej na swoim własnym komputerze?
- Tak, ta gra nazywa się Crysis.
Z szumu informacji o wyżej wymienionym Crysisie, najczęściej wyłapywałem wieści o straszliwych wymaganiach tegoż. Na najwyższych ustawieniach odpalić nie sposób, a i wymagania minimalne zmuszą potencjalnych graczy do wywalenia pieniędzy na update sprzętu - to w telegraficznym skrócie. Dlatego też dziś, gdy mój młodszy brat zainstalował na swoim komputerze - wychuchanym, wyszlifowanym diamenciku do gier - demo Crysisa, pomyślałem tylko: "No dobrze. Wymienił procesor, mainboard i pamięć, a i grafika jeszcze nie jest najgorsza, więc powinien uruchomić, ale na laptopie nie ma nawet po co próbować."
Przez następne dwie godziny ochom i achom nie było końca - a jak to wygląda, a ta broń modyfikowalna, a ci wrogowie, jacy mądrzy... Wtedy też zacząłem zazdrościć Małemu jego sprzętu. W końcu na swojej Hiroshimie za nic w świecie nie zagram...
Nie mijają następne dwie godziny - siedzimy u mnie w pokoju, płyta z instalacją obraca się w napędzie - instalujemy. Dla zabawy, dla testu - może jednak się uda? Instalacja dobiega końca, dwuklik w skrót i proszę, uruchomić - uruchomił się... No, ale samej rozgrywki już złom nie uciągnie... Rzut oka w opcje - wszystkie ustawienia na najniższe możliwe - i wio!
Mija pierwsza minuta, druga, kolejne... Po około dziesięciu, czy też piętnastu - jest! Działa! Dziesięciu klatek na sekundę nie przekracza, ale działa i do tego wygląda bardzo dobrze! Kto by pomyślał... Podobna próba z Unreal Tournament III Demo skończyła się niemiłosierną pikselozą i kilkoma FPSami, a w to prawie już grać można...
Tak oto z przeciwnika CryEngine2, jako mającego kosmiczne wymagania, stałem się jego zwolennikiem, jak nie wyznawcą - jeśli tak dobry silnik graficzny uruchomił się na Celeronie M410, 1.46GHz, 512MB pamięci RAM DDR2 oraz ATI Radeonie X200... O bogowie, piękne czasy nam nastały.
Zobaczymy, czy uda mi się zagrać po planowanym dokupieniu 1GB RAMu. Brat twierdzi, że powinno Crysisowi pomóc, ale kto tam wie? Jeśli się uda - nie zapomnę się pochwalić.
Są takie gry, do których można wracać wielokrotnie, które, mimo upływu czasu, nadal zdają się pozostawać najlepszymi w danym gatunku. Do takich gier na pewno należy Deus Ex, świetny mix FPS i RPG, według wielu osób najlepsza gra w historii komputerowej rozrywki. Można by z tym polemizować, ale na pewno jest w ścisłej czołówce.
Gra ma już 7 lat, wydana bowiem została w 2000 roku, mimo to, moim zdaniem, prezencję nadal ma bardzo dobrą. Jest to praktycznie zasługa silnika graficznego, UnrealEngine, który już na samym począku swojej "kariery" miał co pokazać.
Efekty dźwiękowe są co najmniej dobre. Przyczepić mógłbym się chyba tylko do tego, że karabinek szturmowy, po zamontowaniu tłumika, mimo strzelania seriami, wydaje tylko pojedynczy odgłos tłumionego wystrzału na serię. Ale to chyba wszystko, co mi przeszkadzało.
Idealna, moim skromnym zdaniem, jest muzyka. Inny podkład w każdej lokacji świetnie buduje klimat, zmieniające się w trakcie potyczek utwóry dobrze oddają dynamikę walki.
A walczyć jest czym, arsenał jest bardzo bogaty: od paralizatora, po działko plazmowe, a pomiędzy nimi pistolety, karabiny, miecze, granaty... Nie wszystko jednak można zabrać ze sobą, do dyspozycji jest określona ilość miejsca w inwentarzu, a broń swoje zajmuje, zgodnie z zasadą "im większa moc, tym większa giwera". Poza tym w grze znaleźć można liczne modyfikacje, niektóre jednorazowe, inne zaś pozwalające wielokrotnie poprawiać broń - tłumiki, celowniki laserowe, zwiększające celność stabilizatory...
Główny bohater sam też jest niezłą maszynką do zabijania - w grze sporo jest nanomatycznych modyfikacji, poprawiających wytrzymałość, zwiększających szybkość, siłę, i tak dalej. Dla każdego coś dobrego.
Nie te jednak elementy czynią z Deus Ex świetną grę. Najważniejszą rolę (o czym w erze pogoni za mocą obliczeniową niektórzy zapominają) odgrywa fabuła. Bez wdawania się w szczegóły: mamy walkę z terroryzmem, globalną konspirację, nanotechnologię, sztuczne inteligencje, nie-taki-dobry ONZ...
To wszystko wciąga, wciąga głęboko. Liczne wątki poboczne, dobrze przez twórców rozwinięte, są nie tylko tłem, a przynajmniej nie muszą nim być, gracz ma wolną rękę: jeśli chce, może przebiec całą grę, koncentrując się na głównym wątku, albo też przeszukiwać obszary, gromadzić informacje, rozwiązywać cudze, drobne (zwykle tylko pozornie) problemy. Do tego każde zadanie można wykonać po swojemu. Jeśli ktoś lubi styl Johna Rambo - proszę bardzo, droga wolna! Jeśli zaś komuś bardziej odpowiada czajenie się w mroku - nie ma sprawy! Ograniczeń jest naprawdę niewiele.
Jak na RPG, Deus Ex jest jednak cholernie liniowy. Rekompensuje to jednak wspomniana wcześniej gęsta od tajemnic fabuła, oraz możliwość wyboru przy samym końcu gry. Za czym się opowiesz? Globalna anarchia? Rządzenie światem z tylnego siedzenia? Oświecony autorytaryzm? Oczywiście nikt nie zabronia wypróbowania każdego rozwiązania po kolei. Właściwie wątpię, by ktokolwiek z własnej woli pominął tę możliwość.
Niewiele więcej można o grze powiedzieć, bez wdawania się w szczegóły fabuły (ja przynajmniej nie potrafię, przyznać muszę), a tego nie chcę. Każdy sam powinien poznać historię tak dobrą, jak ta, dlatego też polecam Deus Ex każdemu, kto jeszcze w nią nie grał. A kto grał, niech zagra jeszcze raz, tak jak ja. Kolejne podejścia niczego nie ujmują tak dobrej rozrywce.