Indiana Jones And The Kingdom Of The Crystal Skull

wpis dodany o godzinie 22:54, 22 maja 2008
poziom: 0, kategorie: film
2 komentarze, trackback

Wchodzę do kina, ze mną mój brat. Szybko kupujemy bilety (jeden studencki, jeden uczniowski, życzę miłego seansu), kupujemy popcorn, rozglądamy się, komentujemy ilość plakatów z Indym. Po chwili idziemy pokazujemy bilety bileterowi, przechodzimy przez bramkę, siadamy na kanapie, czekamy na seans.

Patrzymy na wchodzących przez bramkę widzów. Rodziny z dziećmi, pary, samotni, grupki znajomych. Po dzieciach spodziewamy się pytań o akcję, po młodzieży śmiechów, po dorosłych - ciszy.

Zaczyna się seans. Zajadamy popcorn, oglądamy, co chwila patrzymy na siebie znacząco. Milczymy, jak zawsze, gdy oglądamy jakiś ciekawiący nas film. Dzieciaczki pytają rodziców o to, co dzieje się na ekranie, młodzież śmieje się od czasu do czasu, dorośli zachowują się spokojnie - nikt nie zawiódł. A film...

Co jest najważniejsze w filmie? Obraz może? Dźwięk? Muzyka? To wszystko było świetne, nie ma się czego uczepić, za co zbluzgać. Jednak nie są to rzeczy najważniejsze. Co zatem? Aktorstwo? Aktorstwo mi odpowiadało! Stary Jones wygląda na starego, zmęczonego, ale jednak potrafi jeszcze ugryźć. Młodzik jest szybki, sprawny, porywczy, dobrze zagrany typ buntownika. Wielcy Źli są źli jak trzeba, mówią z odpowiednim akcentem, znacznie lepiej, niż w poprzednich częściach. Wszystko to jednak nic nie warte, gdy całokształtowi czegoś brakuje! Nowemu Indyemu właśnie czegoś, malutkiego, nieokreślonego "czegoś", brak.

Oglądam z radością, cieszą mnie odniesienia do poprzednich części, sceny pościgów, walki. Dialogi czasem trochę dziwnie mi pachną, ale nie na tyle, by zepsuć mi ogólne wrażenie. Film trwa, trwa, czas upływa, dochodzimy do kulminacyjnej sceny, przechodzimy do zakończenia, przewijają nam przed oczami listę płac, a ja w duchu krzyczę - gdzie reszta filmu?!

Otóż, moim zdaniem, The Kingdom Of The Crystal Skull jest zbyt krótkie. Z początku fabuła prowadzona jest w odpowiednim tempie, na wszystko jest czas, nic nie ucieka przed oczami, aż od pewnego momentu wszystko zaczyna pędzić, jakby Spielberg na siłę chciał zmieścić się w dwóch godzinach czasu ekranowego. Bohaterowie trochę zbyt szybko dostają w swoje dłonie wszystkie potrzebne informacje, za wcześnie wchodzą na ostatnią prostą w drodze do Wielkiego Celu. Nie ma, pamiętanej choćby z The Last Crusade podróży, poszukiwań odpowiedzi na trudne pytania, grzebania w książkach. Na szczęście jest troszkę grzebania w grobowcach, ale nie za wiele.

Lekko irytują mnie porzucone wątki, na wpół niedokończone sceny, pytania bez odpowiedzi, na które bez szkody dla filmu można było odpowiedzieć. Przyjdzie pewnie poczekać na wersję reżyserską.

Film kończy się nie jak dotychczasowe części - Wielką Zagadką, którą Trudno Rozwiązać, a następnie walką z Wielkim Wrogiem - jak już wspomniałem, bohaterowie dawno już na wszystko wpadli, teraz tylko pozostaje im czegoś dotknąć, coś uruchomić i wiać, gdy zaczyna się, standardowo, sufit walić, a Wielki Wróg ubija się w zasadzie sam.

Wychodzimy z sali, wymieniamy się uwagami. Brat jest bardzo na tak, ja jak najbardziej szczerze odgrywam rolę krytyka filmowego, który obejrzał zbyt wiele dobrych filmów i zrobił się bardzo wybredny.
Wracamy do domu, obaj przekonani, że mimo wszystko nie zmarnowaliśmy pieniędzy na ten film.

Mocne 7/10 dla tego filmu.
Dla porównania: Riders Of The Lost Ark oraz The Last Crusade dostają ode mnie po 9/10, Temple Of Doom zaś 8/10. Dla porównania, czytelniku. Mimo to jestem skłonny polecić. Podobno jestem raczej odosobniony w mojej krytyce i film dostaje oceny rzędu 9/10. Miłego oglądania.


Dr. No

wpis dodany o godzinie 21:05, 30 września 2007
poziom: 0, kategorie: film
3 komentarze, trackback

Pierwszy z długiej już serii filmów z Jamesem Bondem, Dr. No, z 1962. Dla niektórych jest to już prehistoria i faktycznie - jeśli porównać Dr. No z takim choćby GoldenEye czy Tomorrow Never Dies - Doktor nie ma praktycznie szans. Ale zapomnijmy na chwilę, że jest już rok 2007. No, może nie do końca... Przymrużmy tylko oko.


Wrzucam film do czytnika, podkręcam głośność, siadam wygodnie. Mija właśnie logo United Artists, zaraz po nim standardowa sekwencja z lufą pistoletu. Napięcie rośnie, zaraz zobaczę jakąś poprzednią, wyjątkowo udaną akcję Bonda... Ha! Nie tym razem, złotko! "Tradycja" ta pojawiła się dopiero trochę później. Od razu przechodzimy do napisów początkowych. No, przynajmniej będzie na co popatrzeć... Stój, co się dzieje? Co to za kółka i kwadraty? Gdzie podziały się piękne kobiety?! Ha, na to też przyjdzie jeszcze poczekać. Nic to, prawdziwy kinoman, a co ważniejsze - miłośnik Jamesa Bonda - tak łatwo się nie zraża! Oglądam dalej...

Pierwszym prawdziwym minusem filmu jest dość sztywna gra wielu postaci drugoplanowych. Brakuje im tego "czegoś", są nienaturalne. Na szczęście nie wszystkie, bo chyba bym oszalał... Aktorstwo Seana Connery'ego, grającego w tej części agenta 007 też nie jest popisowe, ale na szczęście jest akceptowalne. Ale co tam, jest rok 1962, dinozaury biegają po świecie, a filmom się wybacza.

Rzućmy okiem (uchem?) na muzykę. Ścieżka dźwiękowa jak ścieżka dźwiękowa - moim zdaniem nie jest wybitna, ale spełnia swoje zadanie. Nie wiem czemu, ale zabawnym wydał mi się fakt, że wielu wejściom 007 na ekran towarzyszy charakterystyczna, bondowa melodia, tak jakby reżyser chciał obudzić widzów, krzyknąć "patrzcie, to James Bond!" Mniejsza z tym, nie jest to jakiś minus, a poza tym jest rok 1962.

Zabierzmy się za to, co po jakimś czasie stało się znakiem firmowym filmów z Jamesem Bondem - efekty specjalne! Niestety, zbyt wielu okazji do efekciarskich popisów w tym filmie nie było, a to, co jest, pozostawia wiele do życzenia. Ograniczę się tylko do sceny z jadowitym pająkiem wdrapującym się na Bonda - wyraźnie widać, że ludzie od efektów nawet nie próbowali dopasować pająka do materiału filmowego. Bond się porusza, pająk zaś zostaje ciągle w tym samym miejscu na kadrze. Przepraszam? Nie dosłyszałem. A, rok? Fakt, 1962, wybaczcie.

Co jednak jest w filmie najważniejsze? Co sprawia, że widz oglądając miło spędza czas, że lubi odtwórcę głównej roli, że ogląda kontynuacje? Technikalia? Gdzie tam! Chodzi o "to coś", które umownie nazwę wrażeniem. Tutaj Dr. No całkiem dobrze się broni.

Fabuła filmu jest nawet niezła. Nie oryginalna, przynajmniej nie z perspektywy roku 2007. Mamy bowiem Złego Geniusza, którego plany zostają pokrzyżowane przez Dobrego Bohatera, a coś mi się zdaje, że kolejne filmy z Jamesem Bondem tak wyeksploatowały ten wątek, że niewiele już w nim zostało miejsca na oryginalność. Dr. No nabija sobie u mnie sporo punktów z innego względu. Podoba mi się to, że brak w nim typowych gadżetów 007 - nie ma laserowego zegarka, samochodu z karabinami maszynowymi czy plecaka rakietowego, a Bond musi radzić sobie normalnymi sposobami, akcja zatem prowadzona jest całkiem inaczej, niż w filmach "nowszych". Nie, żebym był wrogiem technicznych zabawek, które w serii można zobaczyć, wiele bardzo mi się podobało. Po prostu spodobać mi się może także ich brak. Poza tym Sean Connery to mój ulubiony aktor grający Jamesa Bonda.

Podsumowując ten długi i zapewne marny literacko wywód powiem krótko: Dr. No nie jest filmem, który zadowoli każdego, a już na pewno nie osobę, która będzie się spodziewała po nim tego, co po późniejszych filmach bondowskich. Najlepiej podejść do niego beż żadnych uprzedzeń i po prostu obejrzeć. Osobiście mogę powiedzieć, że jestem zadowolony i nie żałuję zbytnio poświęconego mu czasu.


No, to pierwszy wpis za mną. Nie wiem jeszcze, czemu poświęcę następny - może kolejnej części przygód agenta 007, może czemuś innemu... Czas pokaże. Proszę o komentarze.