Kontrabas

wpis dodany o godzinie 17:22, 27 września 2008
poziom: 0, kategorie: miejsca
1 komentarz, trackback

Wbrew pozorom wpis nie o instrumencie, a o pewnym lokalu.

Gliwicki Kontrabas mieści się w okolicy rynku, w jednej z odchodzących od niego uliczek. W piwnicy się mieści, co ma spory wpływ na jego atmosferę. Podchodzimy od rynku właśnie, już na ulicy słyszymy głośną muzykę. Otwieramy drzwi, schodzimy po schodach w dół, witamy się z obsługą (wstęp: panowie 5 PLN, panie za darmo), rozglądamy po miejscu akcji...

Pierwsze, co rzuca się w oczy, to brak miejsc siedzących, a do tego deficyt stojących. Lokal, jeśli patrzeć na jego powierzchnię, jest raczej kameralny, a mimo to oblegany. Na pewno wpływ na to ma jego klimat - gołe ściany, eliptyczne sklepienia, wygodne, czerwone fotele i równie wygodne, czarne stołki barowe.

Po ataku na wzrok, lokal napiera na węch - smród tytoniu jest wszędzie. Żeby wytrzymać, trzeba mieć naprawdę sporą odporność na jego zapach. Na szczęście nikt w naszej paczce wyjątkowo wrażliwy nie jest. Mimo to powinni zainwestować w lepszą wentylację...

Przechodzimy na dancefloor, którego rozmiary są proporcjonalne do lokalu - jest po prostu mały. Pozytywnie zaskakuje ilość tańczących osób. Praktycznie w każdym odwiedzonym przeze mnie klubie do godziny dwudziestej trzeciej parkiet świeci pustkami, a tutaj chwilami z trudem można się poruszać. Niestety, tak oto plus staje się minusem - tłumy radują, ciasnota straszliwie przeszkadza. Gdyby tylko miejsca było więcej...

Muzyka... Muzyka! Nie jestem miłośnikiem tego, co wczoraj w Kontrabasie można było usłyszeć, ale nie mam zamiaru narzekać - tak zwana "czarna muzyka" do zabawy świetnie się nadaje i mimo tego, że w minionym tygodniu sypiałem po trzy godziny na dobę i w zasadzie miałem odpoczywać, bawiłem się jak nigdy. Niestety, od pewnego momentu DJ zaczął puszczać utwory na życzenie, co skończyło się zalewem marnej elektroniki rodem z radia Planeta FM, puszczanej praktycznie w każdym klubie w okolicy. Na szczęście nasz pobyt miał się już ku końcowi.

Summa summarum - Kontrabas to lokal co najmniej interesujący, o specyficznej atmosferze i względnych cenach, w którym można trafić na dobrą muzykę. Niestety, łatwo trafić na tłumy i brak miejsc siedzących. Mimo to mogę spokojnie polecić. Odwiedzać koniecznie z dobrym towarzystwem.

Tego tekstu nie pisał typowy sobotnionocny imprezowicz, a zwykły, szary słuchacz dziwnej muzyki gitarowej, o równie dziwnym guście. Nie pociągać do odpowiedzialności za cokolwiek.
Bluzgać w komentarzach.

The Orwell Diaries, czyli George Orwell bloguje na WordPressie

wpis dodany o godzinie 02:43, 14 września 2008
poziom: 0, kategorie: internet, literatura
2 komentarze, trackback
"Summer Time observed in Spanish Morocco, not in French. Franco soldiers at the stations dressed almost exactly like those of the Spanish Government. Luggage searched on train, but very carelessly, by typical Spanish official. Another official entered and impounded all French newspapers, even those favourable to Franco. French travellers very much amused by this and ditto the official, who evidently realized the absurdity of it."
Za: Orwell Diaries, http://orwelldiaries.wordpress.com/

Jak w dobie powszechnego internetu, łatwego dostępu do informacji i milionów blogów opublikować pamiętniki sprzed siedemdziesięciu lat? Do tego tak, by dotarły do szerokiej rzeszy odbiorców, najlepiej takich, którzy wcześniej autorem się nie interesowali? Wrzucić na bloga!

The Orwell Prize, organizacja przyznająca najlepszym brytyjskim publicystom politycznym nagrodę o tej właśnie nazwie, oddała w ręce internautów dzienniki George'a Orwella, siedemdziesiąt lat po ich powstaniu. Od dziewiątego sierpnia, na blogu Orwell Diaries opiekunowie strony umieszczają kolejne wpisy Orwella, według daty ich napisania siedemdziesiąt lat temu, w dokładnie takiej formie, w jakiej one powstały. Oznacza to między innymi literówki (odpowiednio oznaczone), oraz umieszczanie rysunków towarzyszących wpisom autora, wplecionych w tekst.

Orwell pisze o wszystkim. Pierwsze wpisy, z już zamieszczonych, traktują o życiu wiejskiej Anglii. Można w nich przeczytać o pogodzie, ilości zniesionych przez kury jaj, o wężu, którego Orwellowi udało się złapać. Następnie autor wybiera się w podróż do Afryki. W swoich zapiskach Orwell zawarł bardzo dokładne opisy statku, jego załogi i pasażerów, praktycznie oprowadzając czytelnika po okręcie.

W kolejnych wpisach Orwell przedstawia odwiedzane przez siebie miejsca, komentuje napotkane sytuacje. Do dnia dzisiejszego (siedemdziesiąt lat temu, oczywiście), zobaczył Gibraltar, Tanger, Marrakesz, dokładnie opisując wszystko, co zobaczył, w tym dostępność i ceny produktów spożywczych, obecność wojsk, zwyczaje mieszkańców, panujące nastroje, dając czytelnikowi kompletny obraz każdego kolejnego miasta, co czyni jego dziennik wciągającą lekturą.

W niedługim czasie zaczną pojawiać się poważniejsze komentarze, opisujące świat u progu wojny oraz sam konflikt. Orwell nie byłby pisarzem politycznym, gdyby nie napisał słowa komentarza na tematy z wojną związane w swoich dziennikach. Muszę przyznać, że niecierpliwie czekam na te wpisy.

Poza tym, że George Orwell publikuje na WordPressie, ma także konto Twittera, oraz zaznacza kolejne punkty swojej podróży na mapie, a jego fani tłumaczą wpisy autora. Można więc spokojnie powiedzieć, że The Orwell Prize zrobiła z pisarza bardzo sprawnego użytkownika internetu, a cała idea publikowania jego dziennika nabrała dzięki temu atrakcyjności.

Orwell Diaries to zdecydowanie jeden z najlepszych anglojęzycznych blogów, jakie znam. Nie pozostaje mi nic innego, niż zasugerować wam wszystkim dodanie Orwellowego bloga (Atom, RSS) do czytnika i śledzenie go bieżąco.


Obchody rocznicowe czas zacząć

wpis dodany o godzinie 03:18, 12 września 2008
poziom: 0, kategorie: ogólne
2 komentarze, trackback

Rok pisania, z dziwnymi przerwami, 34 różnej maści wpisy, 99 komentarzy, które lokują mnie na 11 stronie userlisty Joggera, kilkadziesiąt godzin bezproduktywnie spędzonych na joggerowym kanale IRC, parę znajomości, jedna prośba o pomoc.

Czas ten przeleciał przeraźliwie szybko, części wpisów drugi raz bym nie opublikował, za komentarze dziękuję wszystkim bardzo, pozycja na liście blogów - ciekawostka, na IRC siedzę także w tej chwili, joggerowych znajomych z tego miejsca pozdrawiam, a Wiktorowi dziękuję za te paręnaście minut, które mi poświęcił, gdy traciłem wiarę w moje własne umiejętności obchodzenia się z domenami internetowymi. Obiecane piwo czeka na okazję.

Zmiana widoczna - własna domena. Piętnaście złotych w plecy, trochę kombinowania, ale blog już pod blog.birdsong.pl siedzi. Jak tylko się uda, pod birdsong.pl znajdzie się Sweetcron i parę bajerów. Zmiana, która nadejdzie - wezmę się za layout, bo temu do ideału daleko - spełnia ogólne moje założenia, ale nadal kuleje.

Niech nam żyje internet i blogowanie (o trzeciej nad ranem).


Dorzucam do liczb z pierwszego akapitu jeszcze 12074 wizyty, według defaultowych statystyk Joggera. Dużo? Mało? Bo ja wiem?


Picasa 3 Beta

wpis dodany o godzinie 03:43, 03 września 2008
poziom: 0, kategorie: internet, oprogramowanie
3 komentarze, trackback

Po przeczytaniu wpisu u wikiyu na temat bety nowej wersji Picasy, poczułem niemożliwą do opanowania chęć pobrania i rzucenia okiem ten kawałek oprogramowania.

Picasy używam od niedawna. Jakiś miesiąc temu potrzebowałem miejsca na moje zdjęcia z wszelakich wyjazdów - czy to wakacji, czy wycieczek za miasto i zdecydowałem się na PicasaWeb. Dorzucają do tego narzędzie do uploadowania plików na ich serwery? Świetnie, formularzy na stronach w takich celach używać nie lubię. W pierwszej chwili myślałem, że szlag mnie trafi - po jaką cholerę ten program chce mi cały dysk twardy w poszukiwaniu zdjęć przeszukać? Dlaczego opcje dotyczące skanowanych folderów są ukryte w tak głupi sposób? Z jakiego powodu przyciski i ramki są takie wielkie? Po jakimś czasie jednak udało mi się dobrać do wszystkich opcji, których szukałem (chociaż nie wszystko można zmienić, niestety), nauczyłem się grzebać w zdjęciach za pomocą wbudowanego edytora, uploadowałem album i przyłapałem się na tym, że mimo początkowej niechęci, interfejs Picasy udało mi się polubić. Nie przeszkadzają mi zaokrąglone rogi, ilość ikon czy ramki, co sam uważam za dziwne, bo zwykle preferuję proste interfejsy. Picasa najwyraźniej dobrze w tej formie się prezentuje, przynajmniej w moich oczach.

Dowiaduję się nagle, że Google wydaje betę kolejnej wersji programu, więc dlaczego miałbym go nie przetestować? Niestety, kilka powodów znalazłem. Przede wszystkim nie ma jeszcze polskiej wersji, a co beta, to beta - stracę zdjęcia, będę musiał od początku konfigurować? Jeśli coś takiego się przytrafi, na pewno się tym "pochwalę", jak na razie wszystko jest w porządku.

Co pierwsze rzuca się w oczy - bardziej przejrzysty interfejs. Zmniejszyła się ogromniasta belka, znajdująca się wcześniej u góry okna, dając więcej miejsca liście albumów i folderów. Podgląd zdjęć też jest większy, a pasek z opisem folderu/albumu nie jest na stałe przyklejony nad miniaturkami plików, ale przemieszcza się, zadokowany przy górnej krawędzi podglądu. Dodatkowo zawiera on parę przycisków, między innymi odtwarzanie pokazu slajdów, czy zaznaczenie zdjęć, na których znajdują się ludzkie twarze, z czym, niestety, nie zawsze sobie radzi.

Edytor zdjęć pozostał praktycznie niezmieniony. Jedyna zauważalna różnica, to automatyzacja narzędzia usuwającego efekt czerwonego oka - jest ono w stanie samo odnaleźć i zaznaczyć oczy, które wymagają poprawki. Jeśli sobie nie poradzi, zawsze pozostaje możliwość zaznaczenia ich ręcznie.

Zupełną nowością w programie jest możliwość stworzenia filmu - pokazu slajdów, dorzucenie do niego ścieżki dźwiękowej, zapisanie na dysku oraz upload na YouTube. Brzmi smakowicie, ale nie do końca działa tak, jak tego bym chciał.

Przede wszystkim od pełnej wersji będę oczekiwał możliwości ustalenia każdego przejścia między slajdami osobno, a nie jednego jego rodzaju na cały film. Poprawek wymaga także edytor tekstu - przydałyby się scrollbary w oknie oraz edycja kroju pisma dla każdego znaku, jeśli ktoś sobie tego życzy, z osobna, a nie dla całego slajdu, jak jest obecnie. Z radością przyjąłbym także dorzucenie opcjonalnego wyciszania ścieżki dźwiękowej pod koniec filmu. 1 Ghosts I nie hejnał mariacki, obcięty być nie musi, bo w tej formie zakończenie brzmi po prostu brzydko.

No, dobrze! Slajdy przygotowane, wyrenderowane, czas uploadować na YouTube. Upload trwa, więc czekam, czekam... Niespodzianka! Wystąpił błąd podczas wysyłania pliku na YouTube. Jaki błąd? Z czym? A po co to tobie, użytkowniku, wiedzieć? My ci na pewno nie powiemy, błąd to błąd. Pomyślałem, że może to chwilowe i spróbowałem ponownie, ale, niestety, efekt był taki sam. Skończyło się na ręcznym uploadzie przez formularz na stronie internetowej. Swoją drogą - kto w YouTube podejmuje decyzję o tym, że dany plik pójdzie z opcją odtwarzania w wysokiej jakości? Wrzucenie czegoś w 640x480 najwyraźniej nie wystarcza.

Szybkie podsumowanie: Picasa 3 ma potencjał. Na pewno nie wrócę już do wersji 2, bo w tej przyjemniej mi się pracuje, poczekam spokojnie na pełny release i polską wersję językową. Mam nadzieję, że co nieco się w Picasie do tego czasu zmieni. Oby na lepsze.


The Day After Blog Day 2008

wpis dodany o godzinie 11:15, 01 września 2008
poziom: 0, kategorie: internet
4 komentarze, trackback

W ramach lansowania alternatywnej do Blog Day imprezy, podaję kilka linków do blogów, które czytuję.

  • adas.jogger.pl, bo podróże kształcą, a kultura wysoka jest bardzo ważna.
  • blogfm.blox.pl, za humor, nagrania itp przestali pisać, linka nie dostaną.
  • boli.blog.pl, bo kreska Roberta Adlera jest bardzo ciekawa, a 48 Stron to mój ulubiony komiks.
  • dobeer.jogger.pl, bo należy czerpać garściami z mądrości starszych ludzi, czyż nie?
  • mgorny.jogger.pl, ale w zasadzie nie jestem w stanie wymyślić jakiegoś sensownego powodu.
  • piotrlegnica.jogger.pl, bo młodych trzeba wspierać i nie co dzień twój komentarz znajdzie się pod wpisem w topie.
  • yazhubal.jogger.pl, bo Islandia to interesujący kraj, a fotografia ciekawym zajęciem.

Jakiś miesiąc temu dorzuciłbym tu jeszcze jeden link, ale autor bloga jednym wpisem pokazał, że każdy może być bucem i automatycznie jego feed poleciał w diabły.