Indiana Jones And The Kingdom Of The Crystal Skull
Wchodzę do kina, ze mną mój brat. Szybko kupujemy bilety (jeden studencki, jeden uczniowski, życzę miłego seansu), kupujemy popcorn, rozglądamy się, komentujemy ilość plakatów z Indym. Po chwili idziemy pokazujemy bilety bileterowi, przechodzimy przez bramkę, siadamy na kanapie, czekamy na seans.
Patrzymy na wchodzących przez bramkę widzów. Rodziny z dziećmi, pary, samotni, grupki znajomych. Po dzieciach spodziewamy się pytań o akcję, po młodzieży śmiechów, po dorosłych - ciszy.
Zaczyna się seans. Zajadamy popcorn, oglądamy, co chwila patrzymy na siebie znacząco. Milczymy, jak zawsze, gdy oglądamy jakiś ciekawiący nas film. Dzieciaczki pytają rodziców o to, co dzieje się na ekranie, młodzież śmieje się od czasu do czasu, dorośli zachowują się spokojnie - nikt nie zawiódł. A film...
Co jest najważniejsze w filmie? Obraz może? Dźwięk? Muzyka? To wszystko było świetne, nie ma się czego uczepić, za co zbluzgać. Jednak nie są to rzeczy najważniejsze. Co zatem? Aktorstwo? Aktorstwo mi odpowiadało! Stary Jones wygląda na starego, zmęczonego, ale jednak potrafi jeszcze ugryźć. Młodzik jest szybki, sprawny, porywczy, dobrze zagrany typ buntownika. Wielcy Źli są źli jak trzeba, mówią z odpowiednim akcentem, znacznie lepiej, niż w poprzednich częściach. Wszystko to jednak nic nie warte, gdy całokształtowi czegoś brakuje! Nowemu Indyemu właśnie czegoś, malutkiego, nieokreślonego "czegoś", brak.
Oglądam z radością, cieszą mnie odniesienia do poprzednich części, sceny pościgów, walki. Dialogi czasem trochę dziwnie mi pachną, ale nie na tyle, by zepsuć mi ogólne wrażenie. Film trwa, trwa, czas upływa, dochodzimy do kulminacyjnej sceny, przechodzimy do zakończenia, przewijają nam przed oczami listę płac, a ja w duchu krzyczę - gdzie reszta filmu?!
Otóż, moim zdaniem, The Kingdom Of The Crystal Skull jest zbyt krótkie. Z początku fabuła prowadzona jest w odpowiednim tempie, na wszystko jest czas, nic nie ucieka przed oczami, aż od pewnego momentu wszystko zaczyna pędzić, jakby Spielberg na siłę chciał zmieścić się w dwóch godzinach czasu ekranowego. Bohaterowie trochę zbyt szybko dostają w swoje dłonie wszystkie potrzebne informacje, za wcześnie wchodzą na ostatnią prostą w drodze do Wielkiego Celu. Nie ma, pamiętanej choćby z The Last Crusade podróży, poszukiwań odpowiedzi na trudne pytania, grzebania w książkach. Na szczęście jest troszkę grzebania w grobowcach, ale nie za wiele.
Lekko irytują mnie porzucone wątki, na wpół niedokończone sceny, pytania bez odpowiedzi, na które bez szkody dla filmu można było odpowiedzieć. Przyjdzie pewnie poczekać na wersję reżyserską.
Film kończy się nie jak dotychczasowe części - Wielką Zagadką, którą Trudno Rozwiązać, a następnie walką z Wielkim Wrogiem - jak już wspomniałem, bohaterowie dawno już na wszystko wpadli, teraz tylko pozostaje im czegoś dotknąć, coś uruchomić i wiać, gdy zaczyna się, standardowo, sufit walić, a Wielki Wróg ubija się w zasadzie sam.
Wychodzimy z sali, wymieniamy się uwagami. Brat jest bardzo na tak, ja jak najbardziej szczerze odgrywam rolę krytyka filmowego, który obejrzał zbyt wiele dobrych filmów i zrobił się bardzo wybredny.
Wracamy do domu, obaj przekonani, że mimo wszystko nie zmarnowaliśmy pieniędzy na ten film.
Mocne 7/10 dla tego filmu.
Dla porównania: Riders Of The Lost Ark oraz The Last Crusade dostają ode mnie po 9/10, Temple Of Doom zaś 8/10. Dla porównania, czytelniku. Mimo to jestem skłonny polecić. Podobno jestem raczej odosobniony w mojej krytyce i film dostaje oceny rzędu 9/10. Miłego oglądania.


Ja tam się Khali od małego bałam :P
A w sumie jak dla mnie najlepszy był Gral z tatusiem ^^ i jego 'junior' :).