- Czy Bóg jest w stanie napisać grę z grafiką tak dobrą, że nie uruchomi jej na swoim własnym komputerze?
- Tak, ta gra nazywa się Crysis.
Z szumu informacji o wyżej wymienionym Crysisie, najczęściej wyłapywałem wieści o straszliwych wymaganiach tegoż. Na najwyższych ustawieniach odpalić nie sposób, a i wymagania minimalne zmuszą potencjalnych graczy do wywalenia pieniędzy na update sprzętu - to w telegraficznym skrócie. Dlatego też dziś, gdy mój młodszy brat zainstalował na swoim komputerze - wychuchanym, wyszlifowanym diamenciku do gier - demo Crysisa, pomyślałem tylko: "No dobrze. Wymienił procesor, mainboard i pamięć, a i grafika jeszcze nie jest najgorsza, więc powinien uruchomić, ale na laptopie nie ma nawet po co próbować."
Przez następne dwie godziny ochom i achom nie było końca - a jak to wygląda, a ta broń modyfikowalna, a ci wrogowie, jacy mądrzy... Wtedy też zacząłem zazdrościć Małemu jego sprzętu. W końcu na swojej Hiroshimie za nic w świecie nie zagram...
Nie mijają następne dwie godziny - siedzimy u mnie w pokoju, płyta z instalacją obraca się w napędzie - instalujemy. Dla zabawy, dla testu - może jednak się uda? Instalacja dobiega końca, dwuklik w skrót i proszę, uruchomić - uruchomił się... No, ale samej rozgrywki już złom nie uciągnie... Rzut oka w opcje - wszystkie ustawienia na najniższe możliwe - i wio!
Mija pierwsza minuta, druga, kolejne... Po około dziesięciu, czy też piętnastu - jest! Działa! Dziesięciu klatek na sekundę nie przekracza, ale działa i do tego wygląda bardzo dobrze! Kto by pomyślał... Podobna próba z Unreal Tournament III Demo skończyła się niemiłosierną pikselozą i kilkoma FPSami, a w to prawie już grać można...
Tak oto z przeciwnika CryEngine2, jako mającego kosmiczne wymagania, stałem się jego zwolennikiem, jak nie wyznawcą - jeśli tak dobry silnik graficzny uruchomił się na Celeronie M410, 1.46GHz, 512MB pamięci RAM DDR2 oraz ATI Radeonie X200... O bogowie, piękne czasy nam nastały.
Zobaczymy, czy uda mi się zagrać po planowanym dokupieniu 1GB RAMu. Brat twierdzi, że powinno Crysisowi pomóc, ale kto tam wie? Jeśli się uda - nie zapomnę się pochwalić.
Wchodzę, to moja pierwsza wizyta w tym przybytku flory egzotycznej. Większość dzieci z okolicy miała okazję przejść się po gliwickiej Palmiarni Miejskiej w ramach szkolnych wycieczek, ale ja, niestety, ze swoją szkołą pojechać nie mogłem. Choroba zaatakowała.
A zatem wchodzę. Razem ze mną dwie piękne towarzyszki, po raz wtóry w palmiarni. Po prawej mała kasa biletowa, na prawo kilka ławek i przeraźliwie kiczowate, dmuchane sanie Świętego Mikołaja, na lewo w dół szatnia, w górę - kawiarnia. Na ścianach wiszą całkiem interesujące zdjęcia wraz z opisami, z National Geographic bodajże. Robią całkiem dobre wrażenie. Towarzyszą nam całą drogę - w każdym pomieszczeniu mała wystawa.
Kupujemy bilety i wchodzimy do pierwszego pomieszczenia. Tabliczka informuje - Rośliny Użytkowe, a za drzwiami... Bez niespodzianek, rośliny użytkowe. Przechodzę się chodnikami, dokładnie przyglądam. Kawa, pieprz, im podobne. Na dłuższą metę nic, co miałoby sprawić, że przyszedłbym tu ponownie.
Przechodzimy dalej - Rośliny Tropikalne. Uwagę jako pierwsza zwraca wysoka temperatura i całkiem spora wilgotność powietrza, ułamek sekundy później - palmy. Palmy! Niby to żadna niespodzianka, w końcu jestem w palmiarni, ale... Palmy! Wysokie, rozłożyste, niskie, z liściami podłużnymi, rozczapierzonymi, o pniach cienkich, grubych... Palmy! Każda po kolei przykuwa wzrok, gdy idę krętą ścieżką, zgodnie z wyznaczoną trasą. Palmy...
Palmy palmami, ale czas zobaczyć, co w następnym pawilonie czeka. Wchodzimy... A tam palmy. Paaal-my. Palmy i inne rośliny. Największe, najokazalsze, najstarsze okazy w Palmiarni. Jeśli te w poprzednim pomieszczeniu były duże, to te są ogromne, a przynajmniej takie mi się wydają. Czuję się jak dziecko... Na chwilę siadamy, żeby odpocząć i podziwiać.
Ostatni pawilon, a w nim suche powietrze i niska temperatura - Sukulenty. Całkiem spora kolekcja kaktusów, aloesów i reszty rodzinki. Nie robią już takiego wrażenia, jak palmy (paaal-my), ale nadal jest na co spojrzeć. Jest ich od groma, każdy inny, zielone, szarawe, żywe, prawie wyschnięte, czerwone, grube, cienkie, wiotkie, twarde, niskie, wysokie... Mimo to nie zajmują nas zbyt długo. Idziemy przez kolejne pawilony, górą, w stronę kawiarni, podziwiając z trochę innej perspektywy to, co przed chwilą obejrzeliśmy z dołu. Wspaniałe. W kilku miejscach przystajemy, żeby lepiej przyjrzeć się. W najciekawszych miejscach cholerne zdjęcia zasłaniają widok.
Warto było. Naprawdę warto. Gdzie następnym razem? Szlakiem zabytków? Podziwiać cmentarze? Na piwo? Czas pokaże.
Idę przez miasto. Jest wcześnie popołudnie, Nowy Rok. Wracam z imprezy sylwestrowej. Spory kawałek drogi do domu muszę przejść piechotą, świąteczny rozkład jazdy autobusów nie jest mi zbyt przyjazny. Mimo ilości wypitego alkoholu, jestem trzeźwy jak świnia. Idę i robię to, co najbardziej mi odpowiada - patrzę.
Przez długi czas nie przejeżdża ani jeden samochód, nie mija mnie ani jeden przechodzień. Miasto dziś jest ciche, praktycznie milczące. Nocą huczało i trzęsło się od muzyki i tańców, jego rozbłyskało dziesiątkami kolorowych, głośnych sztucznych ogni. Ostatniej nocy roku jego mieszkańcy, tak jak wszyscy inni ludzie na tej planecie zdawali się krzyczeć - "Kolejny rok! Jeszcze tu jesteśmy i na długo zostaniemy!" Wczoraj przypominali o swoim istnieniu. Dziś, zmęczeni tą pracą, muszą odpocząć. Patrzę na bloki i z zamyśleniem kiwam głową - sam brałem w tym udział, dobrze wiem, o co chodzi. Ja, na szczęście, już się wyspałem.
Dzwonię do domu, żeby sprawdzić, czy nie oberwie mi się za tak późny powrót. Mam dziś szczęście, wszyscy zdają się być w dobrym humorze. Żadnych dwuznacznych pytań czy insynuacji. Zapewne w domu też było całkiem wesoło.
Mijam grupkę dziewczyn, wracających z zabawy. Uśmiechnięte, ale nie roześmiane, zmęczone nocą. Po drugiej stronie ulicy widzę parę, lekko zataczając się wracającą do domu. Parę pojedynczych osób, szczelnie owiniętych w płaszcze. Wszyscy rozespani, chcący jedynie wrócić do domu, położyć się, wypocząć.
Właśnie takie miasto lubię - bardzo ciche, pozbawione jednej ze swych cech - hałasu. Takie jest tylko bardzo późną nocą i w świąteczne poranki, oraz w ten jeden dzień - Nowy Rok.
Dużo szczęścia w tym roku, życzę wszystkim.