Dr. No
Pierwszy z długiej już serii filmów z Jamesem Bondem, Dr. No, z 1962. Dla niektórych jest to już prehistoria i faktycznie - jeśli porównać Dr. No z takim choćby GoldenEye czy Tomorrow Never Dies - Doktor nie ma praktycznie szans. Ale zapomnijmy na chwilę, że jest już rok 2007. No, może nie do końca... Przymrużmy tylko oko.
Wrzucam film do czytnika, podkręcam głośność, siadam wygodnie. Mija właśnie logo United Artists, zaraz po nim standardowa sekwencja z lufą pistoletu. Napięcie rośnie, zaraz zobaczę jakąś poprzednią, wyjątkowo udaną akcję Bonda... Ha! Nie tym razem, złotko! "Tradycja" ta pojawiła się dopiero trochę później. Od razu przechodzimy do napisów początkowych. No, przynajmniej będzie na co popatrzeć... Stój, co się dzieje? Co to za kółka i kwadraty? Gdzie podziały się piękne kobiety?! Ha, na to też przyjdzie jeszcze poczekać. Nic to, prawdziwy kinoman, a co ważniejsze - miłośnik Jamesa Bonda - tak łatwo się nie zraża! Oglądam dalej...
Pierwszym prawdziwym minusem filmu jest dość sztywna gra wielu postaci drugoplanowych. Brakuje im tego "czegoś", są nienaturalne. Na szczęście nie wszystkie, bo chyba bym oszalał... Aktorstwo Seana Connery'ego, grającego w tej części agenta 007 też nie jest popisowe, ale na szczęście jest akceptowalne. Ale co tam, jest rok 1962, dinozaury biegają po świecie, a filmom się wybacza.
Rzućmy okiem (uchem?) na muzykę. Ścieżka dźwiękowa jak ścieżka dźwiękowa - moim zdaniem nie jest wybitna, ale spełnia swoje zadanie. Nie wiem czemu, ale zabawnym wydał mi się fakt, że wielu wejściom 007 na ekran towarzyszy charakterystyczna, bondowa melodia, tak jakby reżyser chciał obudzić widzów, krzyknąć "patrzcie, to James Bond!" Mniejsza z tym, nie jest to jakiś minus, a poza tym jest rok 1962.
Zabierzmy się za to, co po jakimś czasie stało się znakiem firmowym filmów z Jamesem Bondem - efekty specjalne! Niestety, zbyt wielu okazji do efekciarskich popisów w tym filmie nie było, a to, co jest, pozostawia wiele do życzenia. Ograniczę się tylko do sceny z jadowitym pająkiem wdrapującym się na Bonda - wyraźnie widać, że ludzie od efektów nawet nie próbowali dopasować pająka do materiału filmowego. Bond się porusza, pająk zaś zostaje ciągle w tym samym miejscu na kadrze. Przepraszam? Nie dosłyszałem. A, rok? Fakt, 1962, wybaczcie.
Co jednak jest w filmie najważniejsze? Co sprawia, że widz oglądając miło spędza czas, że lubi odtwórcę głównej roli, że ogląda kontynuacje? Technikalia? Gdzie tam! Chodzi o "to coś", które umownie nazwę wrażeniem. Tutaj Dr. No całkiem dobrze się broni.
Fabuła filmu jest nawet niezła. Nie oryginalna, przynajmniej nie z perspektywy roku 2007. Mamy bowiem Złego Geniusza, którego plany zostają pokrzyżowane przez Dobrego Bohatera, a coś mi się zdaje, że kolejne filmy z Jamesem Bondem tak wyeksploatowały ten wątek, że niewiele już w nim zostało miejsca na oryginalność. Dr. No nabija sobie u mnie sporo punktów z innego względu. Podoba mi się to, że brak w nim typowych gadżetów 007 - nie ma laserowego zegarka, samochodu z karabinami maszynowymi czy plecaka rakietowego, a Bond musi radzić sobie normalnymi sposobami, akcja zatem prowadzona jest całkiem inaczej, niż w filmach "nowszych". Nie, żebym był wrogiem technicznych zabawek, które w serii można zobaczyć, wiele bardzo mi się podobało. Po prostu spodobać mi się może także ich brak. Poza tym Sean Connery to mój ulubiony aktor grający Jamesa Bonda.
Podsumowując ten długi i zapewne marny literacko wywód powiem krótko: Dr. No nie jest filmem, który zadowoli każdego, a już na pewno nie osobę, która będzie się spodziewała po nim tego, co po późniejszych filmach bondowskich. Najlepiej podejść do niego beż żadnych uprzedzeń i po prostu obejrzeć. Osobiście mogę powiedzieć, że jestem zadowolony i nie żałuję zbytnio poświęconego mu czasu.
No, to pierwszy wpis za mną. Nie wiem jeszcze, czemu poświęcę następny - może kolejnej części przygód agenta 007, może czemuś innemu... Czas pokaże. Proszę o komentarze.


Hmm... potrafisz ładnie pisać o filmach.
A może następnym razem, jakiś post o PHP?